Rura

„RURA” – fotografie Krzysztofa Raconia
23 lipca 2015 r. – 30 sierpnia 2015 r.
Wernisaż wystawy – 23 lipca 2015 r., godz. 18:00

 

„Rura” to naziemny, kilkukilometrowy, ogromnych rozmiarów taśmociąg, którego bieg zaczyna się przy stacji przeładunkowej rudy żelaza a kończy na terenie Huty Katowice. Przecina lasy, drogi, biegnie ponad polami, wreszcie na krótkim odcinku przebiega ponad małym miasteczkiem, którego nazwę trudno wymówić i zapamiętać.
Biegnąc wśród pól i lasów, przypomina rzymski akwedukt, z tą różnicą, że nieustannie trzęsie się, huczy i buczy. A od tego buczenia w Strzemieszycach Małych pękają ściany w domach.
Kiedyś było tu całkiem inaczej. Były uprawne pola i pełne zwierząt zagrody. Byli ludzie, którzy żyli w ciszy. Potem pojawił się kombinat i otaczający go zgodnie z przepisami las. Nieco później dorzucono jeszcze potężne zakłady utylizacji odpadów komunalnych, spalarnię odpadów medycznych i ubojnię drobiu.
To miejsce skrajnie nieprzyjazne dla człowieka, którym jest nie tylko krajobraz ale również powietrze, gleba i woda. Jak w rozbitym lustrze dostrzegasz wiele zdeformowanych obiektów w zdegradowanym krajobrazie. W miejscu gdzie nawet drzewa przybierają dziwny kształt, zaczynasz wierzyć w opowieść, że żył tu kot o dwóch głowach. Trzask zamykanych drzwi, ujadające, spuszczone psy – to jeden z wielu sygnałów, które podpowiadają Ci, że powinieneś opuścić to miejsce.
To z jednej strony przyzwolenie na brud, walające się śmieci i otaczający fetor, ale także ludzie, którzy pośród tego wszystkiego chcą uprawiać brzoskwinie lub prowadzić zwierzyniec z egzotycznymi zwierzętami. Okazuje się, że można tam także żyć dobrze. Mieć ładny, odnowiony dom i całkiem szczęśliwą rodzinę. Albo niezmąconą pogodę ducha. Jak ujął to jeden z mieszkańców: „Tylko te kominy dookoła. Ale dobrze mi tu. Ja sobie zrobiłem ogródek, w głowie. I mam teraz taki spokój!”. Miasteczko pod rurą to niekończący się zbiór opowieści. Opowieści o intrygującym przywiązaniu do miejsca i do siebie nawzajem.

 

 

Krzysztof Racoń – www.krzysztofracon.pl

Fotograf dokumentalista, student Instytutu Twórczej Fotografii na Uniwersytecie Śląskim w Opawie (Republika Czeska). Absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. W 2012 r. ukończył Akademię Fotografii w Krakowie, a w 2013 r. uczestniczył w mentorskim programie organizowanym przez międzynarodowe stowarzyszenie fotoreporterów Sputnik Photos. Dwukrotnie nagradzany w konkursie Ministerstwa Spraw Zagranicznych (2010 r. i 2013 r.) i National Geographic. W 2013 r. jego projekt o Strzemieszycach Małych zdobył pierwszą nagrodę w międzynarodowym konkursie fotografii dokumentalnej Vienna International Photo Awards oraz International Photo Awards. W 2014 r. wyróżniony w konkursie Projektu Przetwórnia. W 2015 r. laureat Kolga Tbilisi Photoawards. W 2015 r. laureat BZ WBK Press Foto za projekt o jeziorach Rożnowskim i Czchowskim. Uczestnik wystaw zbiorowych w kraju i zagranicą. W jego twórczości szczególne miejsce zajmuje kwestia przestrzeni i zmiany struktur społecznych.

 

 

Miejsce na Ziemi: Strzemieszyce Małe.

 Będziemy wysiedleni, nas nie ma już na mapie w Warszawie. Takie słowa pamiętam z dzieciństwa. Wtedy były one dla mnie niezrozumiałe. W latach 70 ubiegłego wieku, Strzemieszyce Małe zachowały jeszcze wiele z uroku dawnej, sielskiej wsi.
Gęsi szły sobie rano na pastwisko, przechodząc przez niezbyt ruchliwą ulicę. Mieszkańcy po zakończeniu pracy w pobliskich zakładach udawali się na swoje pola, które dawały niewielki plon, ale stanowiły dodatkowe źródło pożywienia. Więcej znaczyło tutaj przyzwyczajenie niż realne korzyści osiągane z ciężkiej pracy na roli. Właśnie tym „przyzwyczajeniem”, albo jak chcą niektórzy „przywiązaniem do ziemi i miejsca urodzenia” należy tłumaczyć to, że do dnia dzisiejszego żyje tutaj ponad 1200 mieszkańców, a nowe kierunkowskazy ustawione niedawno przy wyremontowanej drodze wojewódzkiej nr 790, wskazują drogę do Strzemieszyc Małych.
Lata 1970 – 1971 zapisały się na kartach historii Strzemieszyc Małych. To właśnie wtedy ludzie dowiedzieli się, że tuż za wsią – tam gdzie do tej pory rozciągał się las, zostanie wybudowana największa w Europie huta. Jedni przyjęli tę informację z entuzjazmem, myśląc o większych zarobkach i wymarzonym mieszkaniu w bloku. Inni, szczególnie Ci, którym zakazano budowy domów lub wstrzymano roboty budowlane, potraktowali tę wiadomość tak jakby ktoś wydał wyrok na ich miejscowość.
Moje dzieciństwo przypadło na okres zderzenia z tymi inwestycjami. To było mocne doświadczenie, które wciąż bardzo wyraźnie pamiętam. Żyliśmy w dwóch światach. Z jednej strony odczuwaliśmy sielankową atmosferę małego miasteczka, w którym babcia wyprowadzała krowę na pastwisko, pola ciągnęły się kilometrami i słychać było śpiew ptaków. Z drugiej strony trwało już konsekwentne przekształcanie tego miejsca. Cały czas coś było likwidowane, znikały jakieś domy i ktoś się wyprowadzał. Do dzisiaj mam przed oczami wielkie ciężarówki, które sprowadzano tutaj specjalnie do prac ziemnych – kolosy z kołami o średnicy 2,5 metra. Jedna za drugą przejeżdżały środkiem wsi, pomiędzy drewnianymi domami. Domy wyburzono później. Te przy ulicy Głównej zniknęły w całości, choć do dzisiaj w Lipówce i na Świerczyna można natknąć się na ruiny starych zabudowań. W pierwszych klasach podstawówki chodziliśmy nieistniejącą już drogą na Świerczynę, pod pomnik żołnierzy radzieckich. Mam w pamięci pewien obraz: czerwony obelisk z gwiazdą, a dookoła w większości puste, zburzone domy. Działało to na wyobraźnię. Sceneria przypominała rok 1945. Choć mało kto o tym wie, pomnik ten stoi tam po dziś dzień: kolumna z czerwoną farbą i asfalt wystający spod trawy.
W Polsce zlikwidowano wiele wsi. Związane to było najczęściej z wojną, albo wielkimi inwestycjami przemysłowymi czy hydrotechnicznymi. Tam jednak cięcia były szybkie: decyzja – wysiedlenie ludzi – zmiana krajobrazu. W przypadku Strzemieszyc Małych operacja ta od początku przypominała zabieg bez znieczulenia, przeprowadzony na żywym organizmie. Poszarpany organizm Strzemieszyc Małych pozostawiono samemu sobie fundując dodatkowe inwestycje, z których dzisiaj najuciążliwsze są te związane z wysypiskiem śmieci. W ten oto sposób powstał krajobraz z filmu osadzonego w realiach dziewiętnastowiecznej rewolucji przemysłowej: ludzie mieszkający pomiędzy zakładami, domy przylepione do hal produkcyjnych lub stert śmieci oraz dominujący nad tym wszystkim monumentalny taśmociąg do transportu rudy żelaza. Początkowo ludzi przenoszono do bloków. Przeprowadzkę z drewnianej chałupy do mieszkania, które niewiele kosztowało, miało łazienkę i wszelkie wygody, wielu traktowało jak nobilitację. Nie dla wszystkich jednak był to znaczny awans. Na przykład moja babcia mówiła, że woli, by ją razem z domem wyburzyć, niż gdyby miała przenieść się do mieszkania w bloku. Starych drzew się nie przesadza. Powiedzenie to sprawdziło się również na przykładzie wielu innych osób takich jak chociażby Pana Hendlika, który do śmierci mieszkał sam na Lipówce, pomiędzy zniszczonymi domami sąsiadów. Domów nikt nie burzył do końca, dzięki czemu krajobraz okolicy wyglądał jak po wybuchu bomby atomowej. Pośrodku – na ulicy przed domem, na krześle, siedział jeden człowiek, którego czasami odwiedzali członkowie rodziny.
Wraz ze zmianą otoczenia przyjechali nowi ludzie, nazywani przez nas „huciorzami”. Wtedy skończyło się bezpieczeństwo i idylla. Przeważnie byli to młodzi mężczyźni, werbowani z całego kraju do pracy przy budowie kombinatu. Takie „wolne elektrony”. To oni w dużej mierze rozbili hermetyczne środowisko małej społeczności. Powoli zaczął zanikać spokój, wśród znających się od dziecka i w większości spokrewnionych ze sobą mieszkańców.
Wcześniej wiele ślubów odbywało się w ramach naszej małej, zamkniętej wspólnoty. Zresztą wczytując się w spisy mieszkańców kilkanaście lat wstecz, widać powtarzające się nazwiska. Wśród starszych osób główną informacją identyfikującą było, kto jest w jakim powinowactwie wobec kogo – w tle zawsze było jakieś pokrewieństwo.
Napływowi wynajmowali kwatery. Dla części mieszkańców Strzemieszyc Małych były to złote lata. Jeśli ktoś miał trzy pokoje z kuchnią, a mieszkał w jednym pomieszczeniu to pozostałe trzy były wynajmowane, co oznaczało nie tylko dodatkowy przychód, ale często również drugą wypłatę. Po pracy dziesiątki tych młodych mężczyzn chciało się jakoś zabawić, zdarzały się więc awantury i bójki z miejscowymi, co trwało kilka lat. Ostatecznie napływowym zostały przydzielone mieszkania w Sosnowcu, Dąbrowie Górniczej i Będzinie. Niewielu było takich jak Pan Bieluch, który w wynajmowanej kwaterze mieszka od przeszło 40 lat.
Po krótkiej eksplozji demograficznej w latach 70., kiedy to w tutejszej szkole klasy liczyły ponad 30 dzieci, nastąpił znaczny spadek liczby mieszkańców. Pozostała niewielka, hermetyczna społeczność tzw. „autochtonów”: skłócona, zawistna, niezdolna do wyboru radnego, kurczowo trzymająca się zarówno miejsca jak i siebie nawzajem. Mimo, że sprzed domów zniknęły ławeczki, na których dawniej siadano i plotkowano, wszyscy doskonale wiedzą co słychać u sąsiada. Wcześniej mieszkańców integrowała podobna stopa życiowa. Obecnie istnieje niepisana zasada: im lepiej Ci się powodzi tym gorzej jesteś odbierany, a także widoczna niechęć wobec tych, którzy chcieliby zburzyć panujący porządek. Przykładem może być chociażby „Wesołe ranczo” – zwierzyniec, który przez kilka lat był bardziej popularny wśród mieszkańców Sosnowca czy Katowic niż Strzemieszyc Małych. Nieodwracalnie podupadł po tym, jak ktoś kilkakrotnie otworzył klatki i bezpańskie psy pogryzły trzymane tam zwierzęta.
Drenaż populacji i degradacja otoczenia jakie miały miejsce w Strzemieszycach Małych, nie pozostały bez wpływu na tutejszych mieszkańców. Z miejscowości wyjechali młodzi, najbardziej ruchliwi i przedsiębiorczy. Wciąż utrwala się negatywna opinia o Strzemieszycach Małych. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych głośno było za sprawą wysypiska odpadów pohutniczych, na którym grasowały szajki zbieraczy. Przyjeżdżali zdezelowanymi żukami, zbierali, a następnie wywozili złom, by ponownie sprzedać go hucie. W taki oto sposób powstały fortuny. Nic więc dziwnego, że zdarzały się bójki o strefę wpływów. Dzisiaj nie jest tam bezpiecznie. Zbieracze dużą część pieniędzy przepili lub roztrwonili. Pozostało kilka opuszczonych budynków, będących efektem takich właśnie majątków.
Po likwidacji tutejszej szkoły w 2000 roku, dzieci skierowano do najbliższej placówki w Strzemieszycach Wielkich. Pojawiły się podziały na „swoich” i „obcych”. „Przyjechały te ćwierć debile z Małych” – mówili niektórzy, kiedy busik podjeżdżał do szkoły, co nie pozostało bez wpływu na organizm i psychikę mieszkańców. Miejscowi mogą być postrzegani jako nieco dziwni, skrzywieni zanieczyszczeniem i zepchnięciem na margines. Wystarczy przespacerować się tutejszymi ulicami. Widać miejscowych pijaczków czy zaniedbane posesje, których nie odnawiano oczekując na wyburzenie. To co spotkało Strzemieszyce Małe to rodzaj zagłady, która zatrzymała się w pół drogi. Coś obumarło i takie już pozostało. Niczym konar zeschłego drzewa, który zawdzięcza życie trzem listkom.
Zawsze mnie bolało, że Strzemieszyce są postrzegane jako brzydkie, brudne i szarobure. Czułem, że kryją w sobie jakąś opowieść. Zacząłem się tym tematem interesować. Okazało się, że mają historię, którą można się pochwalić, chociaż może nawet nie wszyscy mieszkańcy o tym wiedzą. O tym, że w Średniowieczu wydobywano tutaj srebro, które w tamtych czasach było bardzo ważnym surowcem. O tym, że na wzgórzu przy kościele są zasypane kopalnie, w jednym z domów przy ulicy Głównej mieszkał Józef Piłsudzki, a w okolicznych lasach Armia Czerwona toczyła pod koniec wojny intensywne walki z Niemcami. Dużym odkryciem było dla mnie też to, że szkoła, którą niedawno zamknęli powstała 180 lat temu, gdy w samej Dąbrowie Górniczej nikt jeszcze o tym nie myślał.
Z dzieciństwa pamiętam, że wyprawa do Dąbrowy to było całe przedsięwzięcie i że centrum miasta to był zupełnie inny świat i inni ludzie. Do dzisiaj tak jest, ale wielu nie trzeba już tłumaczyć gdzie leżą Strzemieszyce Małe. Niekoniecznie ze względu na wysypisko śmieci czy kwestie zanieczyszczenia. Przy wejściu głównym do Urzędu Miasta znajduje się tablica pamiątkowa Józefa Cieszkowskiego. Ten inżynier górniczy, autor terminu „Zagłębie Dąbrowskie” i szlachcic, na swoje miejsce na ziemi wybrał Strzemieszyce Małe. Przeżył tutaj 20 lat, poświęcając się pracą nad wydobyciem i ekploatacją złóż galmanu w Strzemieszycach i Sławkowie. Zmarł, żegnany przez wielu mieszkańców. Do tej pory musiałem mozolnie tłumaczyć, że pochodzę ze Strzemieszyc Małych. Teraz każdy z mieszkańców może powiedzieć: pochodzę ze Strzemieszyc Małych, których mieszkańcy na trwałe zapisali się w historii regionu.

 Arkadiusz Rybak

 

 

Plakat RURA

IMG_8191 IMG_8193 IMG_8197 IMG_8198 IMG_8199 IMG_8200 IMG_8201 IMG_8205 IMG_8208 IMG_8209 IMG_8210 IMG_8211 IMG_8212 IMG_8213 IMG_8214 IMG_8216 IMG_8217 IMG_8219 IMG_8222 IMG_8223 IMG_8225